piątek, 8 sierpnia 2014

Alter Beer ciąg dalszy - Kristal Weizen i Koźlę Bydlę

   Szukałem i szukałem no i w końcu wyszukałem! W jednym z Freshów (odmiana 24h) znalazłem dwa brakujące mi do kolekcji piwka z serii Alter Beer. Oba w ten czy inny sposób pszeniczne, co razem z Valkirią opisaną TUTAJ daje nam aż 3 pszeniczniaki na 5 piw ogółem. Sporo, ale w taką pogodę, jaka jest za oknem, nie można narzekać na bardziej orzeźwiające piwka. 

   Kristal Weizen mieni się jako filtrowane pszeniczne piwo. Zawsze uważałem to za dość dziwny pomysł. Po co filtrować z piwa to, co jest w nim dobre? No ale niektórym piwo z zawiesiną może nie odpowiadać, kwestia gustu, a o tym się ponoć nie dyskutuje. Pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne. Piwko dość lekkie, o wiele bardziej orzeźwiające niż zwykłe zupy z jęczmienia. Szkoda tylko, że na koniec butelki smak staje się mniej przyjemny. Może to tylko takie moje odczucie? Ogólnie ocenię tak 6,5/10 przy czym dla porównania muszę zdobyć inne piwo tego samego rodzaju.

   Obiekt B, czyli Koźlę Bydlę miało być z założenia pszenicznym koźlakiem. No  nie wiem, czy do końca to właśnie udało się twórcom uwarzyć, ale nie osądzajmy zbyt pochopnie. Tym razem to pierwsze dwa łyki były ciężkie. Smakowało dziwnie, jakby zmieszano zwykłego pszeniczniaka z ciemnym piwem. Za to dalej już nie było tak źle i ostatecznie wypite zostało ze smakiem. Raczej nie takim, jaki widnieje na etykietce, ale nadal smakiem ;P. W swoim czasie piłem Weizenbock'a z browaru Kormoran i tamto to było porządne piwo! No ale... Koźlę Bydlę jest chyba dwukrotnie tańsze. 6/ 10 zdaje się być uczciwą oceną.

/K.

czwartek, 7 sierpnia 2014

"Boża Inwazja", czyli Philip K. Dick dla zaawansowanych.

    Philip K. Dick pisał fantastykę naukową i osiągnął w niej mistrzostwo, do dziś nie ma moim zdaniem jego następcy. Jednak poza typowymi powieściami s-f Phil stworzył także cykl trzech książek bardzo odbiegających od swej normalnej tematyki. Nieoficjalna trylogia "Valis", "Boża inwazja" i "Transmigracja Timothy'ego Archera" jest perełką, chociaż naprawdę zdrowo pokręconą. Ostatnio miałem okazję wreszcie przeczytać drugi tom (akcja książek nie jest ze sobą powiązana). Jestem bardzo zadowolony!

   O książce: Fabuła toczy się w przyszłości (jakże inaczej niż w pierwszej i ostatniej części 'trylogii'). Przyczyna jest oczywista, należało usunąć Jahwe poza naszą planetę, żeby mógł dokonać na nią tytułowej inwazji. Pod wpływem zła panującego na Ziemi, Bóg zamieszkał w niewielkiej kolonii poza Terrą. Żeby jednak ostatecznie zwyciężyć nad złem (reprezentowanym przez Beliala oraz głowy ugrupowania komunistów i katoliko-muzułmanów), musi ponownie przyjść na świat. Sprawia więc, że nowa Maryja choruje na stwardnienie rozsiane, przez co może z kolonii wrócić na Ziemię. Jahwe jako płód leci więc znów na naszą planetę. 
   Tyle jeśli chodzi o początek fabuły. Czas na bardziej ogóle informacje. Książka jest pełna religijnych rozmyślań, postaci biblijnych (Jahwe, Eliasz), wierzeń judaizmu, zaratustrianizmu, chrześcijaństwa, gnozy, a także pomysłów własnych autora (a nie zapominajmy, że Dick sam przeżywał wizje religijne). Sprawia to, że książka nie jest łatwa, ale zagłębienie się w nią przerzuca nas w zupełnie inny wymiar. Niby każda książka Dicka ma swoją "skórkę" z wierzchu i "miąższ" w środku, ale tutaj skórka jest bardzo cienka, a miąższ solidny jak kilowa porcja fasoli na obiad. 
   Ze względu na fabułę książka może nie przypaść do gustu co bardziej gorliwym katolikom, przyczyną jest dość swobodne żonglowanie tematami stanowiącymi w Kościele tabu. Jednak w rzeczywistości książka jest pełna ciekawych spostrzeżeń na temat Biblii, więc nawet osoby o ściśle określonych poglądach religijnych powinny zmierzyć się z "Bożą inwazją".
   W książce widać, jak mocno autor przeżywał tematykę poruszaną w swoim dziele. Książka kończy się pozytywnie, lecz nie jest to typowy happy end. Raczej nadzieja. Nadzieja człowieka, który w życiu przeżył sporo biedy i nie za wiele dobrego.

   Wydanie: Kolejny tom z nowej, odnowionej serii Rebisu, nie można się przyczepić do zbyt wielu rzeczy. Twarda okłada, piękna grafika... Wstęp napisała Kossakowska i to jest dla mnie minus, bo w porównaniu z wcześniejszymi wprowadzeniami w innych książkach z tej serii, ten tutaj wypada blado, nie jest to już jednak wada na tyle duża bym się nią bulwersował.

   Cena: No cóż... Inne tomy Dicka też do najtańszych nie należą, ale jak się dobrze poszuka w internecie to znajdzie się ten tom i za niecałe 32 zł (cena z okładki to 47,90 zł). Warto więc szukać na allegro.pl, bo można trafić okazję.

  Ocena końcowa: Książka w całym dorobku Dicka do najłatwiejszych nie należy, wielu osobom może nie przypaść do gustu tematyka. Ja jednak stawiam 9/10 z czystym sumieniem.

/K.

środa, 23 lipca 2014

Call me Simon - Pinta --> dość dziwne piwo

   Podczas wizyty w pubiku blisko pracy (ale po pracy, żeby nie było :D ) zobaczyłem to piwko. A jako, że mam dobre wspomnienia związane z Pintą ( po pierwsze lubię kilka ich piw, a po drugie przesłali mi raz całą garść etykietek, o czym wspominałem o -> tutaj <- ), zdecydowałem spróbować się ich nowego jak dla mnie wynalazku.


 

   Piwo to jak się dowiadujemy studiując etykietkę powstało poprzez współpracę Browaru Pinta i Simona Martina, a więc 'maczali w nim palce' sami ludzie na browarnictwie się znający. Kiedyś w Polsce widywało się piwa oznaczone jedynie jako "jasne pełne", a teraz mamy już takie cuda jak Imperial Irish Red Ale. Osobiście troszkę mnie bawi ten przepych nazewnictwa, ale to drobnostka. Etykietka prezentuje się ładnie, styl stosowany przez Pintę jest zresztą już łatwo rozpoznawalny na półeczce. Szkoda, że jak zawsze etykietka jest ultra-nie-do-zdjęcia :(
   Co do samego piwa... Mam mieszane uczucia. Niby pierwszy łyk smaczny, troszkę mniej goryczkowy niż w moich ukochanych IPAch. Ale dalsze łyki już mniej do mnie przemawiały. Smakowały, jak dla mnie oczywiście, zbyt "ciężko". Lubię eksperymentować z Pintą (np. Dymy Marcowe, które pachniały jak rolada ustrzycka, albo Koniec Świata), ale tym razem nie jestem bardzo podekscytowany.
   Naturalnie, mówimy o moich gustach, więc innym może Call me Simon bardzo smakować. Ja jednak wystawiłbym we własnej skali maksymalnie 6/10.

Krzysio

sobota, 19 lipca 2014

Naleśniki po węgiersku - KSM [Kulinarne Starcia Mopsia]



   Niedawno przypadło mi w udziale spróbować swoich sił w kuchennej wojnie o przetrwanie (zwanej przez dowcipnisiów "gotowaniem"). Orłem to ja w tej materii nigdy nie byłem, ale dołożyłem wszelkich starań, żeby zaserwowany przeze mnie obiad wyglądał i smakował lepiej przed niż po ataku wymiotów ;P Oto co mi wyszło.

Składniki:

naleśniki:
- 250 g mąki
- 2 jajka
- 200 ml mleka
- 350 ml wody mineralnej

nadzienie
- 600 g papryki
- 400 g pomidorów
- 2 cebule
- 2 ząbki czosnku
- papryka ostra, papryka słodka, pieprz, sól i co kto tam lubi z przypraw

dodatkowo
- 200 g kwaśnej śmietany
- 2 jajka
- paczka tartej mozzarelli z Biedrony (chyba ok. 150 g)

   Zacząłem od ciasta na naleśniki, bo to mi się już na wstępie wydało trudne. Wymieszałem wszystko solidnie w misce, na patelni rozgrzałem olej i zacząłem smażyć te nieszczęsne placki. Pierwsze trzy się nie udały, ale reszta okazała się już łatwa. Nawet to słynne przewracanie naleśników podrzutem z patelni
to nie jest nic tak trudnego jak się może wydawać. Gotowe placki odstawiam na bok, żeby spokojnie czekały na ich dalszy udział w tym daniu.

   Pomidory na chwilę zalewam wrzątkiem, nacinając im wcześniej skórę, aby skórka im ładniej zeszła. Obrane kroję w 'ósemki', chociaż mi akurat wyszły 'szesnastki' :D. Paprykę czyszczę z pestek i kroję w drobną kostkę. Następnie siekam drobno cebulkę i podsmażam ją na oleju. Gdy się zeszkli dodaję wyciśnięte dwa ząbki czosnku, a po chwili także pomidory i paprykę. Zostawiam to wszystko na małym ogniu lub małym gazie, chociaż oba te określenia są dość śmieszne, skoro ma się elektryczną płytę ;).
   Formę do zapiekania smaruję tłuszczem, zaraz będziemy ją wypełniać jedzonkiem.
   Gdy warzywka będą już miękkie i po spróbowaniu dojdziemy do wniosku, że są niemal OK, dodajemy wszelkie przyprawy. Potrawa jest węgierska, więc nie oszczędzajmy pikantnego! Mieszamy, chwilę jeszcze pozwalamy się dusić, a następnie na naleśniki nakładamy porcje naszego farszu, naleśniki zwijamy i umieszczamy w natłuszczonej formie. Kiedy forma jest już wypełniona szykujemy zalewę. Mieszamy porządnie wszystko to, co w składnikach opisałem jako "dodatkowo" i zalewamy nasze naleśniki. Formę wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i zapiekamy ok. 30 minut.
   Pozostaje nałożyć na talerze! Autorka książki, gdzie znalazłem pierwowzór tego przepisu, twierdzi,
że jest to porcja na 4 osoby. Chyba nigdy nie spotkała głodnego wegetarianina! Dwa żarłoczki poradzą sobie z tą ilością, ewentualnie trójka mniejszych żarłoczków też się nasyci. Polecam czerwone wino jako napitek do tej strawy. Smacznego!!! /K.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Alter Beer - Polski Chmiel, Valkiria, Rubi Lager <--- wrażenia

   Całkiem niedawno będąc w Żabce zauważyłem na półeczce z cerwezją te trzy dziwne napoje. Etykietek nie miałem, wyglądały ciekawie, ale i dziwnie znajomo, cena niewysoka, więc zakupiłem po sztuce każdego by się przekonać cóż to znowu za  żabkowy wymysł. Okazuje się jednak, że tym razem mile się zaskoczyłem.

 
   Zacznę od piwa, którego etykietka najbardziej przykuła moją uwagę. Głównie przez podobieństwo do etykiety innego piwa. Kliknij, zobacz i sam oceń czy takie podobieństwo może być przypadkowe. Z tego co wyczytałem już oskarżono producenta Polskiego Chmiela (firmę Sulimar) o plagiat. Ale mnie to aż tak nie interesuje. Ważne są zupełnie inne fakty. Etykietka kusi hasłami o mocnym nachmieleniu rozmaitymi gatunkami tego przedniego ziela, czego w piwie niestety aż tak się nie wyczuwa. Należy jednak uczciwie przyznać, że jest to chyba najsmaczniejszy pils jakiego ostatnio piłem, a jego cena (2,99 zł) jest niska, jak za piwo o takim smaku.
   Drugie piwo, Rubi lager, szczerze mówiąc najmniej mi podeszło, a było najdroższe z całej trójki (3,99 zł). Nie przepadam za piwami typu lager, także nie będę się tu rozpisywać, żeby niepotrzebnie tego wynalazku nie skrzywdzić swoją antypatią.
   Na koniec zostawiłem sobie najlepszy egzemplarz, czyli Valkirię. Tutaj opinia moja i mej Żonki pokrywa się w 100%, było to najlepsze piwo wśród tej trójki. Białe piwo pszeniczne, bardzo aromatyczne, w smaku i zapachu bardzo cytrusowe. Orzeźwia idealnie. Jeżeli ktoś lubi tego typu piwka, to polecam zdecydowanie. Jak dla mnie jest to chyba najsmaczniejsze białe piwo dostępne na szerokim rynku, a nie tylko w specjalistycznych sklepach. Trzeba też zauważyć, że piwko kosztuje jedynie 3,49 zł, a więc jest naprawdę niedrogie jak na napój tego rodzaju. Zdecydowane odkrycie lipca na piwnej półeczce ;P

Pijta i przekonajta się sami.

/K.

piątek, 27 czerwca 2014

"Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda", czyli Philip K. Dick powraca




   Nareszcie! Doczekałem się ponownego wydania wszystkich opowiadań Philipa Dick'a! Na razie ukazał się to pierwszy z pięciu, o nim to będzie ten wpis, ale wszystko wskazuje na to, że wydany zostanie cały komplet. Dla takiego fana twórczości tego nietuzinkowego fantasty jest to okazja nie do przegapienia, by troszkę się pozachwycać.

   O książce: Znajduje się tu 25 opowiadań, powstałych w latach 1951-52, a więc z początków twórczości. Być może nie są one dopracowane tak, jak późniejsze opowiadania i powieści, ale z pewnością nie oznacza to, że są źle napisane! 
   To, co od razu rzuca się w oczy, to błyskawiczne usytuowanie czytelnika w centrum świata opisanego w opowiadaniu. Krótka forma naturalnie wymaga tego, ale tutaj wskakujemy do rzeczywistości często tak oddalonej od naszej, że można mieć wrażenie jakbyśmy rzeczywiście żyli w innym świecie. Od pierwszej strony opowiadania staje się dla czytelnika oczywiste, że istnieje wehikuł czasu, kolonie na Marsie lub wroga cywilizacja w układzie Proximy Centauri. Niemal natychmiast 'znamy od zawsze' bohaterów opowiadań, wskakujemy w środek ich życia, bez wstępów i zbędnych opisów. Wszystko to sprawia, że fabuła jest bardzo dynamiczna i pochłania bez reszty. 
   Philip K. Dick nigdy nie przejmował się tym, że opisane przez niego światy mogą wydać się 'przesadzone'. Ich funkcja jest jasna - stanowią tło dla historii, którą pisarz chce nam przekazać. Nie można pokazać niektórych rzeczy opisując świat rzeczywisty, czasem trzeba polecieć na asteroidę, inną planetę, wyskoczyć w przyszłość. Nie ma to jednak w żadnym wypadku znamion s-f typu Star Wars, co warto zapamiętać! Wiele osób nigdy nie sięgnie bowiem po Dick'a właśnie przez kojarzenie s-f z filmami akcji toczącymi się w kosmosie. Nie mylmy nigdy jednego z drugim!
   Opowiadania te często opisują paranoję opanowującą ludzkie umysły, utratę kontroli nad życiem czy uzależnienie od technologii (przypominam, że opowiadania były pisane ponad 60 lat temu, teraz to by Dick się chyba załamał widząc ludzi ze smartfonami...). Dla mnie jednak najbardziej zaskakujący jest zawsze pomysł Phila na zakończenie opowiadania, które nigdy nie łagodzi emocji zbudowanych przez fabułę, lecz podnosi je na zupełnie nowy wymiar, odwracając nasze mózgi na lewą stronę. 
   Nie mam w zwyczaju i tym razem także nie będę streszczać fabuły żadnego z opowiadań. Zamiast tego polecę kilka z nich, te które dla mnie wydały się najciekawsze czy też najbardziej zakręcone (a należy pamiętać, że sam Dick był przecież zakręcony jak ruski termos). Moje Top 3 z tego tomu opowiadań to odpowiednio: "Gdzie kryje się Wub" (nota bene od tego opowiadania wziął tytuł anglojęzyczny oryginał pierwszego tomu opowiadań, w Polsce wybrano na okładkę inny tytuł), " Wielki K", "Człowiek, który był zmienną" i "Niestrudzona żaba". Wyszło mi z tego Top 4, ale nie mogłem się zdecydować :P
   Nie ma co więcej pisać, zbiór jest świetny i polecam go każdemu miłośnikowi dobrej fantastyki, a także osobom, które po prostu lubią dobrą literaturę.

   Wydanie: Jak wszystkie nowe edycje książek Dicka z wydawnictwa Rebis, książka ma twardą oprawę (+), czytelną czcionkę (+) i okładkę, której nie trzeba się wstydzić (+). Ostatni plus może być dla niewtajemniczonych zagadką, ale wystarczy zobaczyć okładkę wcześniejszego wydania tego tomu (Prószyński i S-ka) z różowym misiem pluszowym i śrubokrętem, żeby docenić tą z rebisowską z grafiką Wojciecha Siudmaka. Należy się jeszcze jeden (+), wynikający z grubości książki (ponad 600 stron), a ja uwielbiam grube woluminy ;) Podsumowując książka wydana jest naprawdę bardzo ładnie.

   Cena: Tu troszkę gorzej, bo cena z okładki to 59,90 zł. Naturalnie nie jest to bardzo dużo jak na tak wydaną książkę, ale jednak boli w portfel. Na szczęście na Allegro udało mi się znaleźć sklep oferujący ją w znacznie niższej cenie i ostatecznie zapłaciłem za nią niecałe 40 zł.

  Ocena końcowa: Nie mam problemów z tym punktem 9,5/10, nie daję dychy, bo późniejsze opowiadania Dicka są jeszcze lepsze i muszę sobie zostawić coś na dalsze tomy :D

/K.

wtorek, 17 czerwca 2014

Kobyła od Ursuli - "Ziemiomorze"


   W ostatnich dniach wreszcie udało mi się zakończyć rozpoczętą dawno temu przygodę z Ziemiomorzem, światem stworzonym przez Ursulę K. LeGuin. Niby taki ze mnie wielbiciel fantastyki, a muszę przyznać, że nigdy jakoś się nie składało bym wyszedł poza "Czarnoksiężnika z Archipelagu", pierwszą książkę z całego cyklu. Tym lepiej się stało, że Prószyński i S-Ska zdecydowali się wydać wszystkie sześć części w jednym tomie.
   Zacznę od rzeczy, które mnie osobiście zawsze cieszą. Książka wydana jest bardzo ładnie. Skromna okładka pewnie nie przemówi do osób, które oczekują fantastyki w stylu "Gry o tron", ale ja jestem z niej zadowolony, ostatecznie nikt też nie wymaga krzykliwej okładki od "Władcy Pierścieni". Tomiszcze jest grube jak nieszczęście (ok.950 stron), ale dla mnie to też plus, bo uwielbiam grubawe książki, takie jak jednotomowe wydanie LOTR. Kiedy czytelnik pokonuje kolejne setki stron ma takie faje wrażenie, że mierzy się z czymś ponadprzeciętnym, epicką historią, której końca aż nie chce się dostrzec.
   W książkach Ursuli, w przeciwieństwie do niektórych wielkich dzieł fantasy, fantastyczne tło rzeczywiście pozostaje tylko tłem. Bohaterowie, chociaż żyją w baśniowym świecie, mierzą się z największymi problemami normalnych, współczesnych ludzi. Zaakceptowanie samego siebie, pokonanie własnych ambicji, strach przed śmiercią, potrzeba wolności, uciekanie od złego życia, poszukiwanie dobra i spokoju w świecie...  Życie bohaterów, chociaż obfitowało w wielkie czyny, ukazywane jest często jako proste i "codzienne". To wszystko sprawie, że o ile z Frodem nikt się nie może za bardzo identyfikować, tak z parą głównych bohaterów cyklu o Ziemiomorzu jak najbardziej.
   Standardowo, nie zamierzam zdradzać fabuły książek. Warto jednak odnotować, że poszczególne części cyklu powstawał od roku 1968 do roku 2001. Widać to w książkach, szczególnie jeśli chodzi o tempo akcji. Całość cyklu zamyka się w następujących częściach: "Czarnoksiężnik z Archipelagu", "Grobowce Atunanu", "Najdalszy brzeg", "Tehanu", "Inny wiatr" i "Opowieści z Ziemiomorza". Osobiście wyróżniłbym części pierwszą i trzecią jako najważniejsze fabularnie, a także najciekawsze i najbardziej (nie przepadam za tym słowem) epickie. 
   Przez całą serię poznajemy coraz to lepiej postać Geda, zwanego Krogulcem, a później również Tenar, jego późniejszej quasi-żony. W postaci Geda można dostrzec tą przysłowiową beczkę soli, którą każdy z nas musi zjeść. Poznajemy go jako młodzieńca z przerostem ambicji, gdy się z nim żegnamy jest staruszkiem zajmującym się kozami. Jednak wszystko pomiędzy tym początkiem a końcem zdaje się opowiadać o rozterkach i lękach niemal każdego człowieka.
   Całość jest długa, ale nikt przecież nie każe czytać wszystkich sześciu części na raz. Polecam z całego serca pierwszą część cyklu - "Czarnoksiężnika z Archipelagu", tak na dobry początek. Potem historia pewnie sama się już dalej potoczy. /K.