środa, 23 lipca 2014

Call me Simon - Pinta --> dość dziwne piwo

   Podczas wizyty w pubiku blisko pracy (ale po pracy, żeby nie było :D ) zobaczyłem to piwko. A jako, że mam dobre wspomnienia związane z Pintą ( po pierwsze lubię kilka ich piw, a po drugie przesłali mi raz całą garść etykietek, o czym wspominałem o -> tutaj <- ), zdecydowałem spróbować się ich nowego jak dla mnie wynalazku.


 

   Piwo to jak się dowiadujemy studiując etykietkę powstało poprzez współpracę Browaru Pinta i Simona Martina, a więc 'maczali w nim palce' sami ludzie na browarnictwie się znający. Kiedyś w Polsce widywało się piwa oznaczone jedynie jako "jasne pełne", a teraz mamy już takie cuda jak Imperial Irish Red Ale. Osobiście troszkę mnie bawi ten przepych nazewnictwa, ale to drobnostka. Etykietka prezentuje się ładnie, styl stosowany przez Pintę jest zresztą już łatwo rozpoznawalny na półeczce. Szkoda, że jak zawsze etykietka jest ultra-nie-do-zdjęcia :(
   Co do samego piwa... Mam mieszane uczucia. Niby pierwszy łyk smaczny, troszkę mniej goryczkowy niż w moich ukochanych IPAch. Ale dalsze łyki już mniej do mnie przemawiały. Smakowały, jak dla mnie oczywiście, zbyt "ciężko". Lubię eksperymentować z Pintą (np. Dymy Marcowe, które pachniały jak rolada ustrzycka, albo Koniec Świata), ale tym razem nie jestem bardzo podekscytowany.
   Naturalnie, mówimy o moich gustach, więc innym może Call me Simon bardzo smakować. Ja jednak wystawiłbym we własnej skali maksymalnie 6/10.

Krzysio

sobota, 19 lipca 2014

Naleśniki po węgiersku - KSM [Kulinarne Starcia Mopsia]



   Niedawno przypadło mi w udziale spróbować swoich sił w kuchennej wojnie o przetrwanie (zwanej przez dowcipnisiów "gotowaniem"). Orłem to ja w tej materii nigdy nie byłem, ale dołożyłem wszelkich starań, żeby zaserwowany przeze mnie obiad wyglądał i smakował lepiej przed niż po ataku wymiotów ;P Oto co mi wyszło.

Składniki:

naleśniki:
- 250 g mąki
- 2 jajka
- 200 ml mleka
- 350 ml wody mineralnej

nadzienie
- 600 g papryki
- 400 g pomidorów
- 2 cebule
- 2 ząbki czosnku
- papryka ostra, papryka słodka, pieprz, sól i co kto tam lubi z przypraw

dodatkowo
- 200 g kwaśnej śmietany
- 2 jajka
- paczka tartej mozzarelli z Biedrony (chyba ok. 150 g)

   Zacząłem od ciasta na naleśniki, bo to mi się już na wstępie wydało trudne. Wymieszałem wszystko solidnie w misce, na patelni rozgrzałem olej i zacząłem smażyć te nieszczęsne placki. Pierwsze trzy się nie udały, ale reszta okazała się już łatwa. Nawet to słynne przewracanie naleśników podrzutem z patelni
to nie jest nic tak trudnego jak się może wydawać. Gotowe placki odstawiam na bok, żeby spokojnie czekały na ich dalszy udział w tym daniu.

   Pomidory na chwilę zalewam wrzątkiem, nacinając im wcześniej skórę, aby skórka im ładniej zeszła. Obrane kroję w 'ósemki', chociaż mi akurat wyszły 'szesnastki' :D. Paprykę czyszczę z pestek i kroję w drobną kostkę. Następnie siekam drobno cebulkę i podsmażam ją na oleju. Gdy się zeszkli dodaję wyciśnięte dwa ząbki czosnku, a po chwili także pomidory i paprykę. Zostawiam to wszystko na małym ogniu lub małym gazie, chociaż oba te określenia są dość śmieszne, skoro ma się elektryczną płytę ;).
   Formę do zapiekania smaruję tłuszczem, zaraz będziemy ją wypełniać jedzonkiem.
   Gdy warzywka będą już miękkie i po spróbowaniu dojdziemy do wniosku, że są niemal OK, dodajemy wszelkie przyprawy. Potrawa jest węgierska, więc nie oszczędzajmy pikantnego! Mieszamy, chwilę jeszcze pozwalamy się dusić, a następnie na naleśniki nakładamy porcje naszego farszu, naleśniki zwijamy i umieszczamy w natłuszczonej formie. Kiedy forma jest już wypełniona szykujemy zalewę. Mieszamy porządnie wszystko to, co w składnikach opisałem jako "dodatkowo" i zalewamy nasze naleśniki. Formę wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i zapiekamy ok. 30 minut.
   Pozostaje nałożyć na talerze! Autorka książki, gdzie znalazłem pierwowzór tego przepisu, twierdzi,
że jest to porcja na 4 osoby. Chyba nigdy nie spotkała głodnego wegetarianina! Dwa żarłoczki poradzą sobie z tą ilością, ewentualnie trójka mniejszych żarłoczków też się nasyci. Polecam czerwone wino jako napitek do tej strawy. Smacznego!!! /K.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Alter Beer - Polski Chmiel, Valkiria, Rubi Lager <--- wrażenia

   Całkiem niedawno będąc w Żabce zauważyłem na półeczce z cerwezją te trzy dziwne napoje. Etykietek nie miałem, wyglądały ciekawie, ale i dziwnie znajomo, cena niewysoka, więc zakupiłem po sztuce każdego by się przekonać cóż to znowu za  żabkowy wymysł. Okazuje się jednak, że tym razem mile się zaskoczyłem.

 
   Zacznę od piwa, którego etykietka najbardziej przykuła moją uwagę. Głównie przez podobieństwo do etykiety innego piwa. Kliknij, zobacz i sam oceń czy takie podobieństwo może być przypadkowe. Z tego co wyczytałem już oskarżono producenta Polskiego Chmiela (firmę Sulimar) o plagiat. Ale mnie to aż tak nie interesuje. Ważne są zupełnie inne fakty. Etykietka kusi hasłami o mocnym nachmieleniu rozmaitymi gatunkami tego przedniego ziela, czego w piwie niestety aż tak się nie wyczuwa. Należy jednak uczciwie przyznać, że jest to chyba najsmaczniejszy pils jakiego ostatnio piłem, a jego cena (2,99 zł) jest niska, jak za piwo o takim smaku.
   Drugie piwo, Rubi lager, szczerze mówiąc najmniej mi podeszło, a było najdroższe z całej trójki (3,99 zł). Nie przepadam za piwami typu lager, także nie będę się tu rozpisywać, żeby niepotrzebnie tego wynalazku nie skrzywdzić swoją antypatią.
   Na koniec zostawiłem sobie najlepszy egzemplarz, czyli Valkirię. Tutaj opinia moja i mej Żonki pokrywa się w 100%, było to najlepsze piwo wśród tej trójki. Białe piwo pszeniczne, bardzo aromatyczne, w smaku i zapachu bardzo cytrusowe. Orzeźwia idealnie. Jeżeli ktoś lubi tego typu piwka, to polecam zdecydowanie. Jak dla mnie jest to chyba najsmaczniejsze białe piwo dostępne na szerokim rynku, a nie tylko w specjalistycznych sklepach. Trzeba też zauważyć, że piwko kosztuje jedynie 3,49 zł, a więc jest naprawdę niedrogie jak na napój tego rodzaju. Zdecydowane odkrycie lipca na piwnej półeczce ;P

Pijta i przekonajta się sami.

/K.

piątek, 27 czerwca 2014

"Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda", czyli Philip K. Dick powraca




   Nareszcie! Doczekałem się ponownego wydania wszystkich opowiadań Philipa Dick'a! Na razie ukazał się to pierwszy z pięciu, o nim to będzie ten wpis, ale wszystko wskazuje na to, że wydany zostanie cały komplet. Dla takiego fana twórczości tego nietuzinkowego fantasty jest to okazja nie do przegapienia, by troszkę się pozachwycać.

   O książce: Znajduje się tu 25 opowiadań, powstałych w latach 1951-52, a więc z początków twórczości. Być może nie są one dopracowane tak, jak późniejsze opowiadania i powieści, ale z pewnością nie oznacza to, że są źle napisane! 
   To, co od razu rzuca się w oczy, to błyskawiczne usytuowanie czytelnika w centrum świata opisanego w opowiadaniu. Krótka forma naturalnie wymaga tego, ale tutaj wskakujemy do rzeczywistości często tak oddalonej od naszej, że można mieć wrażenie jakbyśmy rzeczywiście żyli w innym świecie. Od pierwszej strony opowiadania staje się dla czytelnika oczywiste, że istnieje wehikuł czasu, kolonie na Marsie lub wroga cywilizacja w układzie Proximy Centauri. Niemal natychmiast 'znamy od zawsze' bohaterów opowiadań, wskakujemy w środek ich życia, bez wstępów i zbędnych opisów. Wszystko to sprawia, że fabuła jest bardzo dynamiczna i pochłania bez reszty. 
   Philip K. Dick nigdy nie przejmował się tym, że opisane przez niego światy mogą wydać się 'przesadzone'. Ich funkcja jest jasna - stanowią tło dla historii, którą pisarz chce nam przekazać. Nie można pokazać niektórych rzeczy opisując świat rzeczywisty, czasem trzeba polecieć na asteroidę, inną planetę, wyskoczyć w przyszłość. Nie ma to jednak w żadnym wypadku znamion s-f typu Star Wars, co warto zapamiętać! Wiele osób nigdy nie sięgnie bowiem po Dick'a właśnie przez kojarzenie s-f z filmami akcji toczącymi się w kosmosie. Nie mylmy nigdy jednego z drugim!
   Opowiadania te często opisują paranoję opanowującą ludzkie umysły, utratę kontroli nad życiem czy uzależnienie od technologii (przypominam, że opowiadania były pisane ponad 60 lat temu, teraz to by Dick się chyba załamał widząc ludzi ze smartfonami...). Dla mnie jednak najbardziej zaskakujący jest zawsze pomysł Phila na zakończenie opowiadania, które nigdy nie łagodzi emocji zbudowanych przez fabułę, lecz podnosi je na zupełnie nowy wymiar, odwracając nasze mózgi na lewą stronę. 
   Nie mam w zwyczaju i tym razem także nie będę streszczać fabuły żadnego z opowiadań. Zamiast tego polecę kilka z nich, te które dla mnie wydały się najciekawsze czy też najbardziej zakręcone (a należy pamiętać, że sam Dick był przecież zakręcony jak ruski termos). Moje Top 3 z tego tomu opowiadań to odpowiednio: "Gdzie kryje się Wub" (nota bene od tego opowiadania wziął tytuł anglojęzyczny oryginał pierwszego tomu opowiadań, w Polsce wybrano na okładkę inny tytuł), " Wielki K", "Człowiek, który był zmienną" i "Niestrudzona żaba". Wyszło mi z tego Top 4, ale nie mogłem się zdecydować :P
   Nie ma co więcej pisać, zbiór jest świetny i polecam go każdemu miłośnikowi dobrej fantastyki, a także osobom, które po prostu lubią dobrą literaturę.

   Wydanie: Jak wszystkie nowe edycje książek Dicka z wydawnictwa Rebis, książka ma twardą oprawę (+), czytelną czcionkę (+) i okładkę, której nie trzeba się wstydzić (+). Ostatni plus może być dla niewtajemniczonych zagadką, ale wystarczy zobaczyć okładkę wcześniejszego wydania tego tomu (Prószyński i S-ka) z różowym misiem pluszowym i śrubokrętem, żeby docenić tą z rebisowską z grafiką Wojciecha Siudmaka. Należy się jeszcze jeden (+), wynikający z grubości książki (ponad 600 stron), a ja uwielbiam grube woluminy ;) Podsumowując książka wydana jest naprawdę bardzo ładnie.

   Cena: Tu troszkę gorzej, bo cena z okładki to 59,90 zł. Naturalnie nie jest to bardzo dużo jak na tak wydaną książkę, ale jednak boli w portfel. Na szczęście na Allegro udało mi się znaleźć sklep oferujący ją w znacznie niższej cenie i ostatecznie zapłaciłem za nią niecałe 40 zł.

  Ocena końcowa: Nie mam problemów z tym punktem 9,5/10, nie daję dychy, bo późniejsze opowiadania Dicka są jeszcze lepsze i muszę sobie zostawić coś na dalsze tomy :D

/K.

wtorek, 17 czerwca 2014

Kobyła od Ursuli - "Ziemiomorze"


   W ostatnich dniach wreszcie udało mi się zakończyć rozpoczętą dawno temu przygodę z Ziemiomorzem, światem stworzonym przez Ursulę K. LeGuin. Niby taki ze mnie wielbiciel fantastyki, a muszę przyznać, że nigdy jakoś się nie składało bym wyszedł poza "Czarnoksiężnika z Archipelagu", pierwszą książkę z całego cyklu. Tym lepiej się stało, że Prószyński i S-Ska zdecydowali się wydać wszystkie sześć części w jednym tomie.
   Zacznę od rzeczy, które mnie osobiście zawsze cieszą. Książka wydana jest bardzo ładnie. Skromna okładka pewnie nie przemówi do osób, które oczekują fantastyki w stylu "Gry o tron", ale ja jestem z niej zadowolony, ostatecznie nikt też nie wymaga krzykliwej okładki od "Władcy Pierścieni". Tomiszcze jest grube jak nieszczęście (ok.950 stron), ale dla mnie to też plus, bo uwielbiam grubawe książki, takie jak jednotomowe wydanie LOTR. Kiedy czytelnik pokonuje kolejne setki stron ma takie faje wrażenie, że mierzy się z czymś ponadprzeciętnym, epicką historią, której końca aż nie chce się dostrzec.
   W książkach Ursuli, w przeciwieństwie do niektórych wielkich dzieł fantasy, fantastyczne tło rzeczywiście pozostaje tylko tłem. Bohaterowie, chociaż żyją w baśniowym świecie, mierzą się z największymi problemami normalnych, współczesnych ludzi. Zaakceptowanie samego siebie, pokonanie własnych ambicji, strach przed śmiercią, potrzeba wolności, uciekanie od złego życia, poszukiwanie dobra i spokoju w świecie...  Życie bohaterów, chociaż obfitowało w wielkie czyny, ukazywane jest często jako proste i "codzienne". To wszystko sprawie, że o ile z Frodem nikt się nie może za bardzo identyfikować, tak z parą głównych bohaterów cyklu o Ziemiomorzu jak najbardziej.
   Standardowo, nie zamierzam zdradzać fabuły książek. Warto jednak odnotować, że poszczególne części cyklu powstawał od roku 1968 do roku 2001. Widać to w książkach, szczególnie jeśli chodzi o tempo akcji. Całość cyklu zamyka się w następujących częściach: "Czarnoksiężnik z Archipelagu", "Grobowce Atunanu", "Najdalszy brzeg", "Tehanu", "Inny wiatr" i "Opowieści z Ziemiomorza". Osobiście wyróżniłbym części pierwszą i trzecią jako najważniejsze fabularnie, a także najciekawsze i najbardziej (nie przepadam za tym słowem) epickie. 
   Przez całą serię poznajemy coraz to lepiej postać Geda, zwanego Krogulcem, a później również Tenar, jego późniejszej quasi-żony. W postaci Geda można dostrzec tą przysłowiową beczkę soli, którą każdy z nas musi zjeść. Poznajemy go jako młodzieńca z przerostem ambicji, gdy się z nim żegnamy jest staruszkiem zajmującym się kozami. Jednak wszystko pomiędzy tym początkiem a końcem zdaje się opowiadać o rozterkach i lękach niemal każdego człowieka.
   Całość jest długa, ale nikt przecież nie każe czytać wszystkich sześciu części na raz. Polecam z całego serca pierwszą część cyklu - "Czarnoksiężnika z Archipelagu", tak na dobry początek. Potem historia pewnie sama się już dalej potoczy. /K.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Biografia Boga?

Dziś coś dla tych, których ciekawią tematy religijne. Wydawać by się mogło, że ciekawić powinny każdego, bo chyba każdy miał taki moment w życiu kiedy przystanął by zadać sobie pytanie o pochodzenie swojej natury, o tym co go może czekać po śmierci i czy w ogóle istnieje Coś co nas trzyma niejako w swych ramionach? 
Jeśli ktoś odpowiedział już sobie na takie pytanie, pewnie czasami poszedł o krok dalej, zastanawiając się Czym lub Kim może być to nasze bóstwo, ta cała Wszechmoc? 

Zacznijmy po kolei, za napisanie biografii Boga bierze się polski celebryta - Szymon Hołownia. I tak jak unikam książek autorstwa polskich gwiazdek i gwiazdeczek, tak temu autorowi zaufałam. Na zaufanie naturalnie musiał sobie zasłużyć i zasłużył, gdyż nie sprzedaje steku bzdur i swoich porno-opowieści o życiu (jak np. p. Felicjańska), ale na napisanie tej pozycji myślę, że poświęcił bardzo wiele czasu, zebrał cały ogrom materiałów, przygotował ją niczym pracę doktorską. To wszystko widać i z lekkim sercem można ją polecić jako książkę "popularnonaukową", pisząc naukową przesadzam, ale chcę podkreślić, że nie są to tak często spotykane gadaniny książkowe o Bożej miłości, miłosierdziu, że Jezus jest Panem, zaufaj i oddaj mu swoje życie. Coś takiego możemy odczytać jedynie między wierszami, w końcu autor jest osobą wierzącą, więc jednak stara się przekazać tą jasną stronę wiary. 

Ale! Ale! Rodzaj książki, którą przeczytać może każdy od ateisty do głęboko wierzącego i którą każdy odczyta w inny sposób. Dla jednego będzie to pogłębienie wiedzy, dla innego powód do dyskusji, może ktoś bardziej rozumowo pojmie kwestie wiary...  W każdym razie sądzę, że będzie czytana z zaciekawieniem. Hołownia zadaje pytania, które - jeśli choć trochę rozglądamy się po świecie i używamy nieco mózgu oraz zastanawiają nas religijne aspekty życia - zadawała sobie większość z nas. Czyli po prostu o początki Świata? O próbę opisania Boga, na ile jest on opisywalny, poznawalny? Czy w ogóle jest i jak to można udowodnić? Na co zdają się argumenty wszystkich ateistów i racjonalistów, którzy zawsze mają pewność, że ich opinie są logiczne, jakże często poparte naukowo i niepodważalne. Ze stron kipi aż nam od intelektualnych wywodów autora, nie jego własnych domyśleń, ale głęboko przemyślanych, doczytanych, zweryfikowanych. 
Hołownia najpierw przygotowuje nas na samo spotkanie z Bogiem, które nastąpi w kolejnych rozdziałach. Szykuje grunt pod prawdziwe BUM! Kto czuje niedosyt po rozdziale, a nie wie gdzie szukać zaspokojenia, ma zawsze przedstawione kilka pozycji, opisanych w skrócie, mniej lub bardziej zachęcająco (duuużo lepsza rzecz nich sucha, nic nam nie mówiąca bibliografia na końcu).

Jedynym dla chrześcijan prawdziwym źródłem wiedzy o Bogu jest Biblia, jednak jak wiele tam wątków, których nie rozumiemy, jak wiele sytuacji, których można się uczepić, w końcu jak wiele krwi, gwałtów i rzezi na niewinnych ludziach? I na te pytania stara się znaleźć odpowiedź autor książki. Gdzie był Bóg w czasie wojen, czemu w Starym Testamencie jest przedstawiony w tak okrutny sposób, czemu jeśli jest wszechmocny nie mógł zrobić tego i tamtego? Dlaczego przyszedł na świat w ten sposób i w tym czasie? 
Jak w ogóle wyglądał rozwój chrześcijaństwa, kim byli apostołowie i czy to, że żyli z Jezusem ułatwiło im Jego poznanie bardziej niż nam nie mogących go fizycznie zobaczyć? 

Rolą biografii jest przytoczyć czytelnikowi jak najwięcej szczegółów z życia danej osoby, zbudować jej postać możliwie odwzorowując realia i dając pełen obraz osobowości bohatera. W tym przypadku jest inaczej, choć od szczegółów co niektórych może zaboleć głowa, to Hołownia nagle z rękawa nie wyciąga bożego asa z objawieniem. Daje nam, a raczej podaje na tacy informacje, których tak naprawdę gdzieś tam w swoim życiu powinniśmy szukać sami. Pokazuje, że to czego ludzie się dziś boją, czyli myśleć, wątpić, zadawać pytania - jest rzeczą ludzką i naturalną. Tylko, że z tymi pytaniami nic więcej nie robią. Wystrzeliwują w niebo oczekując, że odpowiedź spadnie wraz z najbliższym  deszczem. 

Co mnie osobiście urzekło? Język, w jakim Hołownia pisze, wydaje się być wyszukany, czuć w nim inteligencję autora, a z drugiej strony czyta się lekko i przyjemnie. Rozdziały kończą się szybko, czasami układając nam coś w myślach, a czasami robiąc totalny zamęt. Moim zdaniem książka fantastycznie zaplanowana. I co najważniejsze, powiedzmy, że na wstępie zadajemy sobie pytanie o istnienie Boga, jak Go odnaleźć, czytamy, czytamy... poznajemy, wdajemy się w szczegóły, rozwiewamy wątpliwości, pytamy, odpowiadamy, znowu pytamy, książka się kończy a my zostajemy z tym samym. Są i pozostaną pytania, na które jednoznacznej odpowiedzi nie otrzymamy, możemy jedynie pogłębiać wiedzę i poszerzać horyzonty w czym doskonale pomoże ta pozycja.

"[...] całe gadanie o Bogu niewarte jest funta kłaków, bo On i tak nam się wymknie. Odetchnę tym samym powietrzem co apostołowie. Zrozumiem (na chwilę), że zamiast próbować Go gonić, ciekawiej jest pozwolić się poprowadzić. 
Bo tylko On zna odpowiedź na pytanie - że znów zacytuję Kreefta - czy śmierć jest bramą, czy dziurą, czy życie jest przypadkiem, czy tańcem. " /Sz. Hołownia "Bóg - życie i twórczość"

piątek, 11 kwietnia 2014

Trochę serca z siebie dać :)

Kiedy węzły chłonne zaciskają gardło, a Mąż piątek wieczór spędza w pracy - nie dla rozrywki, ale by wykarmić swą liczną rodzinę :) , można w chwili wolnego skrobnąć małego posta. 

O czym dziś? 

O tym, jak jeden człowiek może uczynić mnóstwo fantastycznych rzeczy!
 
Po pierwsze polecam bardzo ładną reklamę - mnie osobiście ujęła za serce: 

Po drugie fajnie jest się zakręcić gdzieś, gdzie można trochę z siebie dać innym. My z Krzysiem znaleźliśmy ostatnio takie małe miejsce dla siebie, mamy nadzieję, że w najbliższy wtorek uda nam się tam dotrzeć ponownie. 
Myślimy jak tu działać, jak się rozwijać, jak móc się przydać i jak... zmotywować Dziobaka do nauki hiszpańskiego?! (Może więcej pracy z klientem w słuchawce? To zdecydowanie motywuje do szukania innych ścieżek :):):). 

Akcji tak naprawdę, w których można pomóc jest bardzo wiele. Ostatnio pojawiła się przedświąteczna Tytka Charytatywna z Caritasu (jest duża, tylko niestety papierowa, przez co trzeba uważać, żeby dołem nie wyleciała zawartość, można też w ramach odciążenia wyjeść biednym dzieciom żelki... ) Jest też cała masa fundacji, dla zwierząt, dzieci, seniorów, niepełnosprawnych. 

Kończę książkę Szymona Hołowni "Bóg - życie i twórczość", myślę, że może nawet już jutro pojawi się kilka zdań o niej, ale czemu teraz o tym wspominam? Gdyż mamy celebrytę, który ubija interes na Bogu?

Tak! Na Nim (czyt. Bogu), a raczej z Nim można ubić fantastyczny interes, jeden z owoców poniżej:
https://www.facebook.com/fundacjakasisi - godne pochwały, w końcu mamy celebrytę, który wziął się za czyny, za zrobienie czegoś dobrego, nie tylko płaci, ale i sam działa. Nie prosi o wielkie kwoty, ale np. o regularną dyszkę. Są zdjęcia, są reportaże, nasza kasa nie idzie na marne, kto nie chce i nie lubi dawać pieniędzy może skorzystać z innych akcji, które tam co jakiś czas się pojawiają. 
Około 250 dzieci, którym można pomóc :)

Jak wiecie celebrytów nie lubię i raczej nie szanuję, więc spory gest również z mojej strony :)

Wrzucam baner, bo czuję się przekonana i szanuję kolesia za to co robi i co głosi: